Branding, rebranding i identyfikacja wizualna – jak budować markę, która wspiera rozwój firmy?
Mateusz Kwiecień: Dzień dobry, nazywam się Mateusz Kwiecień. Witam Was w drugim odcinku BrandCast, w miejscu, gdzie rozmawiamy na temat marketingu, brandingu i biznesu. Dzisiaj moim gościem jest Sebastian Lis, założyciel, projektant, grafik i założyciel studia Logotomia, które od 19 lat zajmuje się projektowaniem brandingu i identyfikacji wizualnej dla firm z sektora MŚP, a także dla większych organizacji. Bardzo się cieszę, że dzisiaj z nami jesteś. Czy chciałbyś jeszcze do tego mojego wstępu coś dodać o sobie?
Sebastian Lis: Ja też się cieszę. Dzięki, Mateuszu, za zaproszenie. Witam wszystkich serdecznie. Dodam tylko, że agencja istnieje już 19 lat, natomiast ja 25 lat temu zacząłem projektowanie, jeszcze będąc na studiach. Poza tym, że kojarzeni jesteśmy, bo sama nazwa trochę na to wskazuje, z tworzeniem identyfikacji wizualnej, to dla tych firm, które mają działy marketingu, brand managerów i tworzą dużo komunikacji marketingowej, dostarczamy taką codzienną komunikację wizualną, tak daily, dzień po dniu, dla tych większych.
Czym jest branding i dlaczego ma wpływ na rozwój firmy?
Mateusz Kwiecień: Przygotowałem sobie kilka, kilkanaście rozbiegowych pytań na początek, na rozgrzewkę, związanych szeroko z brandingiem. Takie szybkie pytanie–odpowiedź.
Pierwsza myśl, gdy słyszysz słowo branding.
Sebastian Lis: To mnie zaskoczyłeś. Pierwsza myśl – wizerunek.
Mateusz Kwiecień: Jaki był Twój pierwszy płatny projekt?
Sebastian Lis: Żebym sobie przypomniał… 25 lat temu. Jednym z pierwszych było chyba logo dla jakiegoś teatru, jeżeli dobrze pamiętam. Nazwy Ci teraz nawet nie podam, ale pamiętam dobrze cenę. 800 złotych wtedy zarobiłem, jako młody student.
Mateusz Kwiecień: To chyba całkiem nieźle, 19 lat temu, czy nawet…
Sebastian Lis: No, 20 parę. To była bardzo śmieszna historia, jedna z takich chyba lepszych historyjek zawodowych. Jako młody student poszedłem odebrać te pieniążki. To było w jakiejś instytucji. Pani księgowa wypisywała mi rachunek i tak na mnie spojrzała: – Ale pan ma tak dobrze. Pan sobie coś tam porysował, 500 złotych pan za to dostał. No w ogóle, wie pan…
Naprawdę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Z jednej strony pomyślałem: dobra, młody jestem, trochę mi głupio, może nie ma co się tu wyrywać. A z drugiej zauważyłem, że w jej oczach to były jakieś wielkie pieniądze. Skosiłem niesamowitą kasę za żadną pracę, bo przecież rysowanie to bardziej hobby niż praca.
Mateusz Kwiecień: Do tego wrócimy. Projekt, z którego jesteś najbardziej dumny?
Sebastian Lis: Tych tematów, takich komercyjnych, brandingowych, stworzyliśmy mnóstwo. W części osobiście uczestniczyłem, w części tylko trochę doradzałem, a zespół też przecież to wszystko tworzy, bo nie pracuję sam. Ale tak naprawdę najbardziej cieszą mnie rzeczy niekomercyjne. Jeszcze te czasy, kiedy tworzyłem plakaty na różnego rodzaju konkursy. Z tego się wywodzę, taki dyplom robiłem. Mam magistra sztuki plakatu. To jest to, co budzi u mnie najcieplejsze emocje i chyba zostało mi do dziś.
Mateusz Kwiecień: A jaka marka ma według Ciebie świetny branding?
Sebastian Lis: O kurczę, jest ich mnóstwo. Ja odwołuję się do takich rzeczy uniwersalnych. Uwielbiam na przykład firmę Nike. Dlaczego? Dlatego, że jak ktoś mnie pyta, jak budować marki, czy jest jakiś przepis, to ja zawsze mówię o tym samym symbolu, tym samym znaku graficznym. Pomijam lekkie zmiany w typografii, jakieś dodatkowe elementy i rozwijanie tego brandingu, ale ten sam symbol, odkąd powstał, jest do dziś. Chyba pierwszy raz pojawił się na bucie i został do tej pory. Ta naprawdę syntetyczna, uniwersalna forma — nie mówię, że to jedyna taka firma na świecie — jest moim zdaniem świetnym przykładem.
Mateusz Kwiecień: Teraz w drugą stronę. Jaka marka według Ciebie powinna natychmiast zrobić rebranding?
Sebastian Lis: Żeby nikogo nie urazić, powiem tylko ogólnikowo. Jeżeli chodzi o nasz teren, czyli Polskę — ale nie jesteśmy wyjątkiem na świecie — myślę, że tak z 80% całego biznesu MŚP mogłoby się zrebrandować. Dlaczego? My musieliśmy wyjść z postkomuny i wejść praktycznie z marszu w dziki kapitalizm. Wszystko budowaliśmy od zera i rozwijaliśmy z minuty na minutę. Nie było czasu na zastanawianie się. Jest mnóstwo fajnych biznesów, które powstawały na kolanie. Teraz zaczyna się kolejne pokolenie, sukcesje i pytanie: co dalej zrobić? Rynek się rozwinął, jest konkurencja, te marki chcą wyjść szerzej, czasem nawet za granicę, a wyglądają jak z wczesnych lat 90. Tego jest naprawdę dużo.
Mateusz Kwiecień: A odnośnie projektowania, jakie jest Twoje ulubione narzędzie w pracy?
Sebastian Lis: Mam takie słynne zboczenie Pixel Perfect, więc nie wszyscy wiedzą, ale grafika wektorowa i chyba mój najbardziej ulubiony program, Illustrator — Ty na pewno dobrze wiesz, co to jest — robi grafikę wektorową z dokładnością do jednej tysięcznej milimetra. Już pomijam piksele, bo tam przyciąga do jednego piksela. Pewnie jedna osoba na milion zauważyłaby czasem różnicę, ale ja naprawdę widzę te drobiazgi. Taka precyzyjna grafika wektorowa zawsze była mi najbliższa, więc Illustrator to był mój ukochany program. Żaden Photoshop, w którym cyzeluje się, szparuje i robi inne rzeczy. Nie ta precyzja. To jak inżynierowie używają suwmiarek. To jest to, co kocham.
Jak zdobywać klientów jako studio brandingowe i rozwijać firmę projektową?
Mateusz Kwiecień: W takim razie co w projektowaniu, trochę już odpowiedziałeś, ale co w projektowaniu sprawia Ci największą frajdę?
Sebastian Lis: Raz właśnie dbałość o detale, ale też obserwowanie, jak wygląda proces, i próba znalezienia odpowiedzi w różnych koncepcjach, kierunkach projektowych na to, czego klient po prostu potrzebuje. Bo odpowiedzi może być kilka. W ogóle mitem jest to, że musimy zrobić jeden koncept i tylko ten jeden jest dobry. Jak mi zadasz pytanie, żebym zwizualizował jakąś sytuację, rzecz czy pojęcie, to przecież wiadomo, że odpowiedzi może być ileś. Nie musi być jedna. Pytanie tylko, która w danym momencie będzie najbardziej atrakcyjna albo, z naszego punktu widzenia i biorąc pod uwagę wytyczne, najbardziej skuteczna. Za rok możemy porozmawiać o tym projekcie i powiedzieć: „Kurczę, mamy na to nowy pomysł”. Tylko że już coś zostało wdrożone. Więc ten proces i znajdowanie właściwych odpowiedzi to jest chyba najciekawsze. To jest najczęściej zabawa w design.
Mateusz Kwiecień: Czy jest jakiś projekt, którego odmówiłeś i nie żałujesz dzisiaj?
Sebastian Lis: Żebym sobie przypomniał… Pewnie znalazłoby się kilka. Odmawiam raczej takich rzeczy, w których wiem, że, brzydko mówiąc, nie ma sensu strzelać z armaty do muchy. Jeżeli jest to jakiś drobniejszy temat, w którym nie warto angażować zespołu, całej struktury i całego procesu, a naprawdę bardzo fajnie zrobi to pojedynczy projektant, freelancer, to czasami nie ma sensu zawracać sobie tym głowy ani klientowi. On i tak nie przeznaczy na to odpowiedniego budżetu. Ten budżet też częściowo by się przepalił, więc trzeba sobie zadać pytanie, czy warto w ogóle wchodzić w takie tematy.
Mateusz Kwiecień: Chciałem wrócić do początku. Co się wydarzyło, że niespełna 20 lat temu postanowiłeś założyć taką agencję?
Sebastian Lis: Powiem Ci tak. Znasz pewnie książkę „Mit przedsiębiorczości”? To taki jeden z klasyków. Ja jestem tam klasycznym case study. Wiadomo, czysty przypadek. Jeżeli wybierasz jakiś zawód i trafiasz w to miejsce, to w pewnym momencie może Ci przyjść do głowy: a czemu nie zrobić z tego biznesu, po prostu działalności gospodarczej? Tak naprawdę tworzysz sobie stanowisko pracy. I od tego większość z nas pewnie zaczyna. Ja całkiem przypadkowo dogadałem się z kolegą. Ja, młody grafik, on DTP-owiec. Nic prostszego — ja będę ten kreatywny, on będzie ten techniczny. Zakładamy działalność i robimy biznes. Tak to funkcjonowało przez pierwsze lata. Potem nasze drogi się rozeszły i zacząłem działać już na własny rachunek. Historia jest jeszcze o tyle ciekawa, że w międzyczasie trafiłem na uczelnię i równolegle przez osiem lat pracowałem ze studentami. Byłem asystentem profesora Nowińskiego, niestety już nieżyjącego. Przez osiem lat byłem więc jedną nogą w edukacji, a drugą w swojej działalności. I takie były tego początki.
Mateusz Kwiecień: Dzisiaj to ewoluowało. Obserwując Twoje studio, wiem, że zatrudniacie chyba około pięciu osób, tak?
Sebastian Lis: To jest tak, zazwyczaj jest nas między pięć a siedem osób, łącznie ze mną. W tym roku myślę, że te pięć osób niech sobie stabilnie na razie będzie. Ale z drugiej strony życie zawsze samo pisze scenariusz. Za trzy miesiące może się okazać, że znowu mamy nawał projektów i trzeba zatrudnić kolejne dwie osoby. Ale mniej więcej poruszamy się wokół tych liczb.
Jak stworzyć identyfikację wizualną, która wspiera rozwój marki?
Mateusz Kwiecień: Dzisiaj posługujecie się takim fajnym sloganem – „Projektowanie znaczeń”. To jest nawet na Waszej stronie głównej. Co dokładnie oznacza to w kontekście Twojej pracy?
Sebastian Lis: Tutaj pomacham do naszej ulubionej copywriterki, Hani. Pomogła mi to parę lat temu stworzyć. To było genialne w swojej prostocie. Stworzyć claim dla marki z dwóch słów, gdzie jedno słowo jest już takim keywordsem, łatwym do pozycjonowania branżowego, bo masz w haśle „projektowanie”, a drugie słowo nie jest takim wytrychem, trochę już wytartym. Jak zmontowała to sprytnie w „Projektowanie znaczeń”, to aż uniosłem się nad ziemię. Tak naprawdę w tych dwóch słowach zawiera się cała idea tego, co tworzymy. Chcemy projektować rzeczy, które mają znaczenie — biznesowe i znaczenie same w sobie. Takie, które przekazują ciekawy komunikat. Bo koniec końców design to zawsze jest jakiś komunikat od nadawcy do odbiorcy. My jesteśmy pośrodku, takim przekaźnikiem, który musi ten komunikat dobrze przygotować. Jeżeli zrobimy to źle, to może to fantastycznie wyglądać i budzić ciekawe emocje, tylko nie będzie trafiało tam, gdzie powinno, i nie będzie komunikowało tego, co ma komunikować. Czyli efekt, który nadawca chce wywołać u odbiorcy, po prostu pogrzebiemy. Wokół tego zbudowana jest cała historia, a wszystko zamyka się w dwóch słowach. Dla mnie to genialne hasło.
Mateusz Kwiecień: Chciałbym, żebyś opowiedział o jakimś projekcie z Waszego portfolio, gdzie udało się właśnie przenieść to znaczenie.
Sebastian Lis: Jest tego mnóstwo, ale opowiem Ci na przykład taką historię – Kongres Wolności. To był projekt zrealizowany wiele lat temu. To jedna z niewielu sytuacji, w której odważyłem się pójść na spotkanie z jednym konceptem. To klasyka. Każdy projektant wie, że litery są znakami graficznymi, więc kiedy tworzymy identyfikację wizualną, bardzo łatwo zacząć od inicjałów wynikających z nazwy. To jeden z elementów, który może ukierunkować nasze pomysły i koncepcje na design. Nie było zbyt dużo czasu, przestrzeni ani budżetu, żeby stworzyć rozbudowany proces, więc usiadłem, chwilę poszkicowałem i wykorzystałem taki nawias, który był częścią litery „K”. Później doszedł jeszcze dwukropek i kilka innych elementów. Powstał sygnet litery, który był takim otwartym nawiasem. Czyli Kongres to jest taka otwarta rozmowa. Otwieramy klamrę, ale jeszcze jej nie zamykamy. Fajnie się złożyło, że ten znak znalazł się później na wystawie najlepszych polskich znaków graficznych. Kilka lat temu odbyła się druga ogólnopolska wystawa – pierwsza była jeszcze w latach 60. Poszedłem z jednym konceptem. Początkowo uznali mnie za bezczelnego człowieka. „Jak to? Przychodzi z jednym projektem?”. Trochę w stylu: bierzecie to albo nic. Do tej pory pamiętam, że to był trochę fart, bo równie dobrze mogło się nie udać. Ale przekonałem tych ludzi. Intuicja projektowa mnie wtedy nie zawiodła. Naprawdę genialnie zadziałał ten prosty koncept.
Jak przeprowadzić rebranding dużej organizacji i zachować spójność marki?
Mateusz Kwiecień: Ja zwróciłem uwagę na jeszcze jeden bardzo ciekawy projekt, który realizowaliście. Chciałem Cię zapytać, jaką historię opowiedzieliście, przygotowując rebranding dla PWN?
Sebastian Lis: To jest w ogóle większy temat. Dzięki za pytanie, bo z PWN-em wiąże się bardzo ciekawa historia. Ja to nazywam bardziej uporządkowaniem brandingowym całej grupy niż rebrandingiem marki. Historia jest taka, że PWN w pewnym momencie zrobił badania i okazało się, że wszyscy Polacy – szczególnie dorośli – kojarzą PWN z wielkimi encyklopediami. Takimi cegłami, którymi można było zabić. Z tym właśnie kojarzyło się PWN. Natomiast to jest tradycyjne wydawnictwo, które powstało ponad 70 lat temu. I co dalej? Nikt z Polaków nie wiedział, że firma ma bardzo dużo subbrandów, produktów cyfrowych, platform i innych rozwiązań. Ona już dawno się scyfryzowała. Oczywiście tradycyjne wydawnictwa nadal wychodzą, ale to już nie jest ta sama firma, którą pamiętamy z lat 70., 80. czy 90. Po tych badaniach stwierdzili, że muszą całkowicie uporządkować swój wizerunek. Nie mogliśmy w ogóle ruszyć marki PWN jako marki parasolowej. To logo zostało takie, jakie jest. Ono wcześniej przechodziło już kilka rebrandingów. Natomiast jest jeszcze siostrzana marka PZWL. Ja wcześniej jej nie znałem, znają ją głównie medycy. Dotarliśmy do bardzo starych znaków sprzed około 70 lat, które reprezentowały tę markę. Tam mogliśmy przepracować symbol i zaprojektować go tak, żeby tworzył rodzinę z PWN i wyglądał jak siostrzana marka. Następnie zaprojektowaliśmy wszystkie subbrandy w taki sposób, żeby później, już bez naszego udziału, można było bardzo łatwo tworzyć kolejne. Wystarczy odpowiednio użyć typografii. Zastosowaliśmy kroje pisma typu open source. Nie dlatego, że PWN nie stać na licencje, ale dlatego, że przy dużej organizacji, holdingu i wielu markach zarządzanie licencjami byłoby bardzo trudne. Znaleźliśmy więc odpowiedni krój, ustaliliśmy zasady, wszystko opisaliśmy w brandbookach i teraz każdą submarkę można budować na marce parasolowej PWN albo PZWL, odpowiednio ustawiając typograficzny logotyp. Oczywiście są jeszcze zasady dotyczące kolorystyki, typografii, layoutów i tego, jak utrzymać cały system w ryzach. Najciekawsze były jednak tradycyjne wydawnictwa. Jeżeli ktoś przez 20 lat projektował okładki książek, to podczas warsztatów z pracownikami słyszeliśmy: „Ale jak? Ja zawsze robiłem to w ten sposób. Co mam teraz z tym zrobić?” To naturalne. Ludzie przyzwyczajają się do określonego sposobu pracy i trudno im się od niego oderwać.Problem polegał jednak na tym, że każdy robił to po swojemu. Każda linia wydawnicza była projektowana inaczej i spójność była praktycznie zerowa. W pewnym momencie zarząd i szefowie działu marketingu powiedzieli wprost, że tak dalej być nie może.
Mateusz Kwiecień: Opór musi być, ale ten opór trzeba było zwalczyć w organizacji. Właśnie o to chciałem Cię zapytać, bo to jest organizacja z bardzo dużymi tradycjami. Duża, jak sam wspomniałeś, z wieloma markami parasolowymi i dużym zespołem ludzi, którzy są zaangażowani i cały czas korzystają z tego znaku. Powiedziałeś bardzo ciekawą rzecz o całym procesie projektowania. W tym przypadku myślę, że prawidłowo został on rozpoczęty od badań, które miały ustalić cel. Jaki jest cel tego rebrandingu? Po co oni to robią? Na ile dzisiaj inne organizacje, różnej wielkości, działają tak procesowo, jak w tym przypadku? Miałeś okazję się o tym przekonać?
Sebastian Lis: Wydaje mi się, że nadal niewiele. Raczej są to firmy o odpowiedniej wielkości i pozycji rynkowej, ale chodzi też o świadomość. Jeżeli w firmie pracują już eksperci, jest dział marketingu, dział komunikacji, są brand managerowie — coś, co jeszcze kilkanaście lat temu praktycznie nie istniało — to oni sami wiedzą, że marka musi stale monitorować swój wizerunek, stan posiadania, świadomość marki na rynku i po prostu o to dbać. Trzeba trzymać to w ryzach, dbać o spójność i oczywiście reagować na to, co zmienia się w firmie oraz w jej otoczeniu. Jeżeli tego w organizacji nie ma, to nie ma też tej świadomości. Może być nawet na to budżet, ale nikogo to nie interesuje, bo nikt się na tym nie zna i nikt nie czuje, że to jest jakaś wartość. Na pewno nie potraktuje tego jako inwestycji. Przecież wiedza o tym, jak marka jest postrzegana — tak jak zrobił to właśnie PWN — jest bardzo ważna. Ktoś mógłby powiedzieć: „Tyle lat jesteśmy na rynku, wszystko wiemy o rynku, a rynek wie wszystko o nas”. Nic bardziej mylnego. Ta świadomość powoduje, że ktoś podejmuje decyzję: sprawdźmy ten stan, zbadajmy go, zbierzmy dane i liczby. Spróbujmy pracować nie na naszym przekonaniu, że wydaje nam się, iż sytuacja wygląda w określony sposób, tylko zbadajmy stan faktyczny. Moim zdaniem takich organizacji jest nadal może 10 procent na rynku.
Jak wygląda proces rebrandingu krok po kroku?
Mateusz Kwiecień: Można uznać, że tutaj ten proces przebiegał wzorcowo. Zastanawiam się, jaki powinien być kolejny krok, kiedy już mamy świadomość, gdzie jesteśmy. Na razie pozostańmy przy dużych organizacjach.
Sebastian Lis: Jeżeli uda się zrobić badania, załóżmy, że już je mamy, to i tak trzeba usiąść do stołu i zweryfikować, co te informacje nam wnoszą. Jeżeli mamy jakiś niedobór albo badań nie było, to obowiązkowym elementem są warsztaty. To jest zresztą ciekawostka, bo nie zrobisz takich warsztatów z zespołem klienta, zanim podejmie się współpracę. Raczej się to nie wydarzy. Kiedy więc idziesz na rozmowę i próbujesz zdobyć podstawowe informacje, przygotowując ofertę, żeby klient mógł podjąć decyzję albo porównać ją z innymi ofertami na rynku, dowiadujesz się tylko tego, co jest na wierzchu, czyli słynnego czubka góry lodowej. Tak to zazwyczaj wygląda i w tym przypadku nie było inaczej. Na tym etapie pojawia się pytanie: jak wybrać właściwą agencję do tak dużego projektu? PWN znalazł nas podobno w internecie. Zobaczyli, że realizowaliśmy dużo projektów dla branży edukacyjnej. Od lat współpracujemy z Uniwersytetem Warszawskim. Mało kto wie, ale to jeden z największych pracodawców na Mazowszu. Ma bardzo dużo jednostek, instytutów i innych organizacji, zatrudnia podobno kilka tysięcy osób. Kiedy zobaczyli, że mamy takie projekty w portfolio, zgłosili się do nas i zaprosili na rozmowę. To spotkanie miało swoją historię. Szedłem na nie, wiedząc, że za dwa albo trzy tygodnie będę w Nepalu. Plan był taki, żeby dojść do Everest Base Camp, czyli na wysokość około 5400 metrów. Powiedziałem wtedy: „Omówmy zagadnienie. W międzyczasie mogę przygotować wszystkie formalności, przepracować z Państwem ofertę, dokumentację i umowę. Tak naprawdę nawet moja menadżerka może podpisać umowę elektronicznie w imieniu spółki, bo ma odpowiednie pełnomocnictwo.” Już podczas spotkania było jednak widać, że z pierwszego zapytania pojawiają się kolejne pytania, kolejne wątki i że oferta będzie musiała się zmieniać. Uznałem więc, że taka transparentna informacja zawsze działa na plus. Zamiast pomyśleć: „Facet będzie niedostępny przez kilka tygodni, a nam zaczynają się pojawiać terminy”, oni stwierdzili: „Dobrze, dopracujmy technikalia.” Pracowaliśmy więc nad umową i ofertą, pewne rzeczy ustalaliśmy i modyfikowaliśmy, a po moim powrocie, na pierwszych warsztatach, zaczęliśmy odkrywać karty. I wtedy, jak to zwykle bywa, okazało się, że kiedy zajrzymy pod powierzchnię, ta góra lodowa jest znacznie większa, niż wydawało się na początku.
Mateusz Kwiecień: A w związku z tym, czy taka duża liczba decydentów, osób zainteresowanych tym, jak ten proces będzie przebiegał, była dla Was jakimś utrudnieniem? Czy nie jest tak, że w projektowaniu jednak lepiej, jeśli tych osób decyzyjnych jest zdecydowanie mniej?
Sebastian Lis: Zawsze trzeba komunikować się z osobami prowadzącymi projekt po stronie klienta i z osobami decyzyjnymi. Natomiast szerszy pogląd w organizacji jest dużą wartością. W PWN robiliśmy kilka warsztatów i średnio siedziało na sali siedem osób — z działu marketingu, czasami także z innych działów, na przykład wydawniczego. To jest duża wartość.
Natomiast, żeby projekt przebiegał płynnie, a mówimy przecież o projekcie liczonym w miesiącach, czasem nawet w latach, musi być krótka ścieżka komunikacji. Po naszej stronie zawsze jest osoba, która koordynuje projekt, dba o przepływ informacji i bieżące działania, a po stronie klienta musi być wytypowana jedna osoba, która domyka tę komunikację i koordynację. Jak jest kilku szefów na projekcie, to już leżymy i grzebiemy ten projekt. Dowieziemy go kiedyś, pewnie nawet z dobrą jakością, ale na pewno nie w terminach, które sobie założyliśmy.
Czym różni się branding dużych organizacji od budowania marki w sektorze MŚP?
Mateusz Kwiecień: Gdyby teraz skonfrontować ten wydłużony proces w przypadku dużej organizacji, na przykładzie PWN, z sektorem MŚP, to jakie widzisz podstawowe różnice? Mówię cały czas o procesie projektowania marki i brandingu.
Sebastian Lis: Tutaj niestety albo stety wygląda to trochę inaczej. W dużej organizacji pracują eksperci i z nimi dość łatwo rozmawia się o komunikacji wizualnej i projektowaniu tym samym językiem. Jeżeli ktoś jest brand managerem albo ekspertem od marketingu, to komunikujemy się często skrótami myślowymi i po prostu łatwo się rozumiemy. Jeżeli natomiast wspieramy sektor MŚP, to bardzo często osobą decyzyjną jest właściciel firmy. Jakim on ma być ekspertem od marketingu albo brandingu? Nie ma na to szans. I nie możemy mieć o to żadnych pretensji. Tak po prostu wygląda rzeczywistość. Pod warunkiem jednak, że ta osoba ma otwartą głowę i rozumie, że wynajęła nas po to, żebyśmy pomogli jej i doradzili w tym procesie, a nie tylko pokazali trzy ładne obrazki: A, B i C z pytaniem: „Którą bramkę wybieramy?”. To po prostu nie zadziała. Dlatego jesteśmy zobowiązani być trochę biznesowym doradcą i przeprowadzić tę osobę przez cały proces. Trzeba mówić prostszym językiem, unikać branżowego żargonu, prowadzić krótszą i prostszą komunikację. Jeżeli robimy warsztaty, to również używamy metod i technik, które będą dla tej osoby łatwiejsze. Czasami klient nawet nie wie, z czym wiąże się to, co zamówił. Ktoś mówi: „Potrzebuję logo i wizytówkę”. To nie jest temat budowania marki. To jest zaprojektowanie znaczka. To już jest źle postawione pytanie. Jak dobrze wiesz, marka to nie jest tylko logo i wizytówka. W takich sytuacjach muszę uruchomić swoją drugą, edukacyjną nogę i dyplomatycznie, z empatią oraz zrozumieniem, naprowadzić drugą stronę na to, że najpierw musimy jasno określić, co tak naprawdę chcemy stworzyć. Bo nie chodzi o logo i wizytówkę. Dlatego w MŚP potrzeba trochę edukacji, upraszczania procesów i upraszczania komunikacji. Bez tego moim zdaniem się nie da. Jeżeli spróbujemy zastosować dokładnie ten sam proces, który stosujemy z rozbudowanym działem marketingu, to raczej się nie uda.
Mateusz Kwiecień: W zasadzie bierzecie więc na siebie również część przygotowania strategii dla klienta, który po prostu tego nie wie, żeby móc dobrze wykonać cały proces.
Sebastian Lis: I tutaj pojawia się największy dylemat. Jeżeli chciałbym przeprowadzić pełny proces, na przykład przy rebrandingu marki, to warto byłoby od początku posadzić do stołu stratega od komunikacji marki, który przez pierwsze trzy tygodnie pracowałby nad opracowaniem strategii. To są zazwyczaj około trzy tygodnie pracy. Teraz muszę jeszcze przekonać klienta, że warto zainwestować w to czas i pieniądze. W sektorze MŚP pojawia się tutaj duży opór, bo ludzie często nie widzą w tym wartości. A przecież zarówno strategia biznesowa, jak i wizerunkowa musi być punktem wyjścia. Nie możemy zaczynać od pustej kartki i stwierdzenia: „Chcę nowe logo”, bo wtedy cały proces może się nie udać. Jeżeli jednak ten opór albo brak świadomości występuje i nie jesteśmy w stanie przeprowadzić pełnego procesu, to nie angażujemy stratega. Sami staramy się najpierw naprowadzić klienta na to, czym ten proces będzie, a później zachęcić go do transparentnej współpracy podczas rozmów, warsztatów i spotkań. Można oczywiście wysłać ankietę i poprosić o wypełnienie briefu. Tak też się czasami robi. Ale szczerze mówiąc, rozmowa przy jednym stole — oczywiście z wykorzystaniem różnych narzędzi, ankiet, pytań, odpowiedzi czy pomocy wizualnych — daje znacznie więcej. Dzięki temu możemy zrozumieć, jak właściciel postrzega swoją markę, jaka historia za nią stoi i jak chciałby, żeby była odbierana przez partnerów biznesowych, klientów, konsumentów i pozostałych interesariuszy. Bo wokół marki zawsze jest więcej grup odbiorców. To nie jest tylko jedna persona. Trzeba zmapować wszystkie persony i zdecydować, które są najważniejsze. Nie musimy przecież mówić do wszystkich. I właśnie dlatego te procesy tak bardzo się od siebie różnią.
Dlaczego wielu przedsiębiorców nadal nie docenia roli brandingu?
Mateusz Kwiecień: A tak z perspektywy tych niespełna dwudziestu lat, jakbyś miał ocenić, jak dzisiaj zmienia się świadomość sektora MŚP właśnie w kontekście wymagań i procesu projektowania?
Sebastian Lis: Wiesz co, powoli. Powoli, bo wydaje mi się, że przede wszystkim, jeżeli ktoś zakładał biznes w latach dziewięćdziesiątych, gdzie była wolna amerykanka, to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Pamiętam do tej pory wywiad z twórcą marki Ziaja. Powiedział, że gdyby dziś miał usiąść i tę markę zakładać w garażu, to nie miałby szans, bo konkurencja na rynku jest ogromna. Rynek się otworzył, mamy mnóstwo zagranicznych, topowych marek kosmetycznych. W tamtych czasach przerobił jakąś maszynę na maszynę do produkcji kremów, jechał z nimi na bazar, wracał, telefon stacjonarny dzwonił i już trzeba było kręcić kolejną partię, bo wszystko się sprzedawało. Wszystko było super. Jeżeli ktoś w taki sposób budował biznes — a bardzo dużo polskich firm właśnie tak powstało i ogromny szacunek za to — to ci ludzie sami musieli wszystko wymyślać i sami wszystko dostarczać. To był prawdziwy self-made man. Sam podejmował decyzje biznesowe, ale też dotyczące wizerunku marki. To wszystko bardzo często powstawało metodą prób i błędów.
Mateusz Kwiecień: A nie było też specjalistów.
Sebastian Lis: Nie było specjalistów. Nie było też świadomości. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać agencje reklamowe. Ja przez wiele lat musiałem tłumaczyć, że nie jestem agencją reklamową, tylko bardziej brandingową, kreatywną. Wiesz, o co chodzi. Dzisiaj tłumaczę się z tego już rzadziej, ale nadal potrafi przyjść firma i zapytać: „A wy jesteście agencją reklamową czy marketingową?”. Wtedy znowu trzeba wszystko tłumaczyć od początku. To rozróżnienie już się pojawia, ale nadal jest wiele osób, które go nie rozumieją. Jeżeli taka osoba przez trzydzieści lat samodzielnie budowała biznes, to co jej wytłumaczysz? Wszystkie decyzje podejmowała sama, rozwinęła firmę, więc znaczy, że były skuteczne. Marka wygląda jak wygląda. Konkurencja — czy rodzima, czy zagraniczna — bardzo często wygląda dużo lepiej, bo już dawno odrobiła lekcję dotyczącą wizerunku. No ale ten przedsiębiorca przecież sprzedawał. Rozwinął się. Jak mu więc udowodnić, że ten branding jest już na dzisiejsze czasy passé, nieskuteczny i że przyszedł czas na zmianę? To jest bardzo trudna rozmowa. I właśnie tutaj pojawia się problem edukacji w naszym zawodzie. Nie wiem, jak jest teraz, ale chyba nadal na ASP nie uczą dwóch rzeczy. Pierwsza to kompetencje biznesowe. Praktycznie wcale. Druga to kompetencje miękkie. Bo w tej pracy trzeba być trochę edukatorem, a trochę dyplomatą. Jeżeli przyjdziesz do klienta i powiesz: „Twoja marka wygląda, jakby ją chomik pogryzł”, to po prostu go obrazisz. A przecież on tę markę budował przez trzydzieści lat i bardzo ją lubi.
Mateusz Kwiecień: I może nawet sam ją projektował.
Sebastian Lis: Być może sam ją projektował albo zrobił to ktoś z rodziny. Nie wiesz, jaka historia za tym stoi. Dlatego stąpasz po bardzo kruchym lodzie. Wystarczy jedno niewłaściwe pytanie, jedno zdanie albo źle wyrażona opinia. Ty nie masz nic złego na myśli, ale ten człowiek już się do ciebie zrazi. A przecież chcesz dla niego dobrze.
Mateusz Kwiecień: Z drugiej strony pokazuje to, że wciąż jest bardzo duże pole do działania dla takich firm jak wasza. Cały czas sektor MŚP nie jest jeszcze do końca zagospodarowany. Jest tu dużo do poprawienia.
Sebastian Lis: Ogrom. Tylko żeby też nie narzekać na Polskę. Byłem na przykład w Holandii, kraju słynącym z dobrego designu. I co druga strona internetowa firm z sektora MŚP wyglądała jak strony z początków internetu. Więc to nie jest tak, że Polska jest jakimś zaściankiem. Nie jesteśmy. Mamy świetne firmy projektowe. Design stoi u nas na bardzo wysokim poziomie. Weźmy chociażby branżę gamingową — jesteśmy światową potęgą, a przecież dobry design jest tam jedną z kluczowych rzeczy. Nie mamy się czego wstydzić. Natomiast w sektorze MŚP zabrakło po drodze edukacji. Mamy już ponad trzydzieści lat wolnego rynku, a mimo to — strzelam oczywiście na oko — około 80% firm spokojnie mogłoby zmienić lub odświeżyć swój wizerunek. Czasami wystarczy delikatne odświeżenie, a czasami naprawdę trzeba wszystko zaorać i zrobić od nowa. I wyszłoby to tym markom na dobre. To jest jednak kwestia edukacji. Dlatego cieszę się, że mnie zaprosiłeś, bo to jest okazja, żeby o tym opowiedzieć i zachęcić ludzi do tego, żeby się rozglądali, szukali informacji i trochę się edukowali.
Nie trzeba mieć działu marketingu ani brand managera. Internet jest dziś ogromną kopalnią wiedzy. Warto popatrzeć, co robią inni. Jeżeli największe marki na świecie stale dbają o swój wizerunek i dostosowują go do zmian zachodzących na rynku oraz wewnątrz organizacji, to warto czerpać z najlepszych wzorców. A nie patrzeć wyłącznie na kolegę, który prowadzi podobną, niewielką firmę obok i nigdy nawet o tym nie pomyślał, a mimo wszystko sprzedaje i teoretycznie wszystko jest w porządku.
Mateusz Kwiecień: Powiedziałeś, że duża część tego sektora jest jeszcze niezagospodarowana. Zastanawiam się więc od strony biznesowej — projektantów, grafików i agencji — w jaki sposób pozyskiwać klientów?
Sebastian Lis: Jak wiesz, mocno działam na rekomendacjach. Praktycznie od zawsze. Czasem startowałem w różnych przetargach i pewnie jeszcze będę startował. Niestety większość z nich to trochę konkursy piękności i niewiele z nich wynika. Statystyka mówi, że wygrywasz średnio jeden na pięć, więc to trochę strata czasu i pieniędzy. Natomiast jeśli ktoś Cię poleci, to działa dokładnie tak samo jak w życiu. Pytasz znajomego: „Słuchaj, elektryk mi padł. Masz dobrego elektryka?”. To działa wszędzie tak samo. Dlatego polecenia są moim zdaniem najbardziej wartościowe. Ktoś już zaczął za mnie budować zaufanie. Ja muszę tylko przyjść i udowodnić, że miał rację, polecając mnie. Drugą ważną rzeczą jest właśnie edukacja rynku. Takie inicjatywy jak Twój podcast, nagrania czy rozmowy pomagają szerzyć wiedzę. Trzeba tłumaczyć, dlaczego wizerunek marki jest tak samo ważny jak nasz własny wizerunek. Marka jest pewnego rodzaju personą. Mówi się przecież o archetypach marki — magik, mędrzec, podróżnik i wielu innych. Marka też jest trochę jak żywa istota. Jeżeli ludzi tego nie uczymy, to skąd mają to wiedzieć? Kiedy trafiłem na uczelnię, sam nie miałem pojęcia o wielu rzeczach. Nie chodziłem do liceum plastycznego, więc pewnie tam mógłbym się wcześniej czegoś dowiedzieć. Pamiętam, że na pierwszym roku zobaczyłem przedmiot „Typografia”. Przeczytałem to jako „topografia” i pomyślałem: „Co? Będziemy mapy rysować?”. Nawet nie wiedziałem, czym jest typografia, czyli nauka o konstruowaniu komunikacji z wykorzystaniem pisma. To była dla mnie wtedy kompletna czarna magia. Dlatego nie mam pretensji do rynku, że ludzie tego nie wiedzą. Gdzie mieliby się tego nauczyć? Ja zawsze śmieję się, że edukacja dotycząca sztuk wizualnych i komunikacji wizualnej, która moim zdaniem jest bardzo ważna, kończy się u nas w przedszkolu na kolorowych kredkach. Rozdaje się dzieciom kartki i kredki, mówi: „Pokolorujcie sobie”, a później, nawet w podstawówce czy liceum, chyba że ktoś wybierze profil artystyczny, praktycznie nic za tym nie stoi. Nie ma systemowej edukacji w tym zakresie. Nie miejmy więc pretensji, że ludzie są niewyedukowani. Dlatego trzeba edukować. Pokazywać wartość. Pokazywać, na czym to polega i że istnieją pewne reguły. To nie są dogmaty wymyślone przez projektantów. To wszystko opiera się na nauce — na percepcji, na tym, jak działa ludzkie oko, jak działa mózg, jak działa psychologia. Za designem stoi naprawdę sporo wiedzy. Na przykład typografia opiera się na tym, jak ludzie czytają. Nie dlatego, że Gutenberg kiedyś wymyślił prasę drukarską i tak już musi być. To wynika z doświadczeń i badań. Dzisiaj wiemy na przykład, że w internecie tekstu się praktycznie nie czyta. My go skanujemy wzrokiem. Omiatamy ekran i zatrzymujemy wzrok tylko w kilku miejscach. Jeżeli to wiemy, to możemy przygotować komunikację wizualną w taki sposób, żeby była skuteczna. Bo nie chodzi o to, żeby stworzyć piękny projekt, który dostanie nagrodę i z którego później nikt nie skorzysta. Dlatego uważam, że edukacja jest kluczowa.
Jakie kompetencje są dziś ważniejsze niż sam talent do projektowania?
Mateusz Kwiecień: Bardzo płynnie przeszedłeś z pytania o pozyskiwanie klientów do tematu edukacji, ale on rzeczywiście jest bardzo ważny. Rozmawialiśmy jeszcze przed nagraniem o tym, że młodzi ludzie, którzy zajmują się projektowaniem, często są świetni w samym tworzeniu, ale później nie potrafią sprzedać swojej pracy. Co Twoim zdaniem jest tutaj tym brakującym elementem?
Sebastian Lis: Właśnie. Pracowałem przez osiem lat w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Od kilku, a może już nawet kilkunastu lat, prywatne uczelnie zaczęły wysyłać studentów na obowiązkowe praktyki. To bardzo dobry kierunek. Oczywiście jeżeli praktyka trwa trzy tygodnie, to student tylko zobaczy, jak wygląda studio czy agencja. Dotknie dwóch, trzech tematów i zorientuje się przede wszystkim, czego jeszcze nie wie. Natomiast jeżeli praktyki albo staż trwają kilka miesięcy, to zaczyna rozumieć, że samo projektowanie jest tylko jedną częścią całego procesu. Najpierw trzeba zrobić research, przeanalizować temat, zadać pytania klientowi, porozmawiać z nim, umieć prowadzić rozmowę — właśnie trochę jako dyplomata, a trochę jako edukator. Dopiero później powstaje projekt. A na końcu trzeba go jeszcze umieć sprzedać i obronić. Bo jeżeli pokazuję klientowi koncepcję i nie potrafię powiedzieć dwóch czy trzech sensownych zdań o tym, dlaczego właśnie tak ją zaprojektowałem i dlaczego ten kierunek będzie skuteczniejszy od innego, to jest problem. Obie koncepcje mogą być dobre, ale trzeba umieć wspólnie przeanalizować, która będzie skuteczniejsza. My w studio staramy się nie robić czegoś, co nazywam „zapchajdziurami”. Nie przygotowujemy pięciu koncepcji, z których jedna ma sens, a cztery są tylko po to, żeby było z czego wybierać. To nie ma żadnego sensu. Młodzi projektanci bardzo często nie są uczeni tego, że pracują przede wszystkim z człowiekiem, a nie z logo, marką czy szyldem. Dlatego trzeba umieć spokojnie wyjaśnić klientowi, dlaczego proponujemy właśnie takie rozwiązanie. Mateusz Kwiecień: Jeżeli klient nie rozumie dlaczego, to nic od Ciebie nie kupi. Z drugiej strony, w przypadku freelancerów rzeczywiście trzeba być bardzo wszechstronnym. Natomiast jeśli pracuje zespół, to być może właśnie role powinny być podzielone. Ktoś może być wybitnym projektantem i skupić się wyłącznie na projektowaniu, a ktoś inny zajmować się sprzedażą, rozmową z klientem i obroną przygotowanych koncepcji.
Mateusz Kwiecień: Może właśnie dlatego role powinny być podzielone. Ktoś zajmuje się projektowaniem, a ktoś inny sprzedażą, rozmową z klientem i obroną projektu.
Sebastian Lis: Wiesz co, część agencji właśnie tak jest konstruowana, szczególnie tych większych. Mamy project managerów, account managerów, dyrektora kreatywnego i kolejne osoby. Natomiast typowe studia kreatywne, agencje brandingowe czy niewielkie zespoły są najczęściej kilkuosobowe. I to nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie. Poza takimi wyjątkami jak Pentagram, który ma oddziały od Nowego Jorku po Singapur i partnerów na całym świecie, większość studiów to po prostu niewielkie zespoły. I teraz pytanie, co zrobić w takim zespole? Jeżeli nie ma przestrzeni na dodatkowego accounta czy project managera, to albo ja jako właściciel muszę pójść, wszystko obronić, sprzedać, przygotować i zorganizować, a zespół dostarcza koncepcje, albo — co robię częściej — włączam projektanta lub projektantkę bezpośrednio do komunikacji z klientem. Klient jest z tego bardzo zadowolony. Dlaczego? Bo kiedy pisze maila bezpośrednio do projektanta, a ja jestem tylko w kopii albo ktoś z zespołu koordynuje projekt, to wiele spraw załatwiają w godzinę. Przez pośrednika trwałoby to trzy dni. Pośrednik, nawet jeżeli jest świetny, nie zawsze czuje projekt tak samo jak projektant. Nie zada tych samych pytań i nie wychwyci wszystkich potrzeb klienta. Natomiast projektant, który rozmawia bezpośrednio z klientem, szybciej zrozumie jego potrzeby. A skoro lepiej go rozumie, to po prostu lepiej zaprojektuje. Bo jeżeli zamykamy się w biurze, każdy siedzi przy swoim komputerze i coś projektuje, to łatwo zapomnieć, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek. Jeżeli go nie rozumiesz i nie potrafisz z nim rozmawiać, możesz tworzyć przepiękne projekty. A ładne obrazki, jeżeli masz doświadczenie w projektowaniu, są najłatwiejszą częścią tej pracy. I nikt z nich później nie skorzysta, bo po prostu się nie porozumieliście. Klient powie: „Jaki fajny projekt, ale przecież nie o tym rozmawialiśmy”. I taki projekt trafia do szuflady.
Czy właściciel studia projektowego powinien nadal projektować?
Mateusz Kwiecień: Twoje studio jest właściwie dobrym przykładem takiego modelu pracy. Od razu nasuwa mi się pytanie o rolę właściciela. Jeżeli chodzi o pierwszy kontakt z klientem, szczególnie z dużym klientem, to dzisiaj w Logotomii najczęściej jesteś tą osobą właśnie Ty.
Sebastian Lis: Tak. Ja jestem trochę twarzą firmy, bo — jak widzisz — jestem wygadany i potrafię rozmawiać z ludźmi.
Mateusz Kwiecień: Ale właśnie o to chodzi. Nie wiem, czy każdy grafik musi mieć taki zestaw umiejętności. Rozumiem, że na późniejszym etapie procesu dobrze jest, kiedy projektant pozostaje w stałym kontakcie z klientem. Zgadzam się z tym. Natomiast jest też wiele rzeczy operacyjnych związanych ze sprzedażą, obsługą klienta czy zarządzaniem projektem, które być może powinny należeć do właściciela.
Sebastian Lis: To wszystko zależy od sytuacji. Dam Ci przykład. Pracował kiedyś u mnie kolega, bardzo zdolny projektant. Świetny w swoim obszarze. Śmiałem się z tego, że kiedy wysyłał klientowi projekt, otwierał nową wiadomość, wpisywał jakiś tytuł, dodawał załącznik i klikał „Wyślij”. Wyobrażasz sobie? Dostajesz pustego maila z załącznikiem. Zero informacji. Żadnego kontekstu. Ja nie oczekiwałem, że będzie dzwonił do klienta albo umawiał wideokonferencję. Ale naprawdę nie był w stanie napisać trzech zdań o tym, co wysłał, dlaczego to wysłał i na co warto zwrócić uwagę.
Mateusz Kwiecień: To już skrajny przypadek.
Sebastian Lis: Skrajny, ale takich przypadków jest naprawdę sporo. Mieliśmy kiedyś jeszcze jednego bardzo zdolnego projektanta. Design jest bardzo szeroką dziedziną. Warto być wszechstronnym, ale jednocześnie znaleźć swoją specjalizację i stać się w niej naprawdę bardzo dobrym. Jeżeli ktoś lubi ruchomy obraz, niech rozwija się w motion designie. Jeżeli ktoś dobrze czuje branding, niech rozwija się właśnie w tym kierunku. Bo w brandingu nie chodzi tylko o projektowanie pojedynczego znaku. Na co dzień tworzysz przede wszystkim całe layouty i systemy komunikacji. Ten projektant uważał, że będzie bardziej efektywny, jeśli będzie odpowiadał tylko na maile, które — po samym tytule — wydawały mu się ważne. Nawet nie czytał treści wiadomości. Sam możesz się domyślić, jakie później mieliśmy z tego powodu przygody. Kiedy to odkryłem, szybko zareagowaliśmy. Dlatego nie zawsze trzeba rozdzielać wszystkie role.
Ja uważam, że dobry projektant to taki, który potrafi rozmawiać z ludźmi, potrafi ich wyczuć i jest zwyczajnie ciekawy drugiego człowieka. Jedną z najważniejszych cech projektanta jest wrażliwość. A wrażliwość buduje się również dzięki pewnemu poziomowi empatii. Jeżeli tego nie masz, możesz stworzyć projekt perfekcyjnie wykonany. Ja sam jestem bardzo precyzyjny. Mogę wszystko odrysować z idealną dokładnością. Tylko że taki projekt będzie kompletnie bezduszny i nie będzie dla tego konkretnego człowieka. Dlatego uważam, że kompetencje miękkie są niezwykle ważne. Skoro tworzymy komunikację wizualną, to zawsze przekazujemy jakiś komunikat. A za tym komunikatem stoją emocje. Tak naprawdę wszystko, co projektujemy, ma w jakimś stopniu sprzedawać. A ludzie nie kupują wyłącznie racjonalnie. Kupują przede wszystkim emocjami.
Mateusz Kwiecień: Tak, emocje.
Sebastian Lis: Dokładnie. W reklamie, brandingu i całym świecie marketingu tak naprawdę wszyscy pracujemy na emocjach.
Mateusz Kwiecień: A skupiając się teraz na Twoim biznesie – ile czasu poświęcasz dzisiaj na projektowanie i nadzorowanie projektów, a ile na wszystkie pozostałe elementy prowadzenia firmy: kontakt z klientami, rozwój biznesu i wykorzystywanie tych miękkich kompetencji?
Sebastian Lis: Od kilku lat świadomie staram się już nie spędzać zbyt dużo czasu na samym projektowaniu. Włączam się raczej punktowo, przede wszystkim przy większych projektach. Przy mniejszych zespół jest całkowicie samodzielny i często nawet nie muszę wiedzieć, nad czym aktualnie pracują. Natomiast przy dużych realizacjach dobrze jest być na początku, pomóc rozpędzić cały proces, później pojawić się w kluczowych momentach, poprowadzić ważne spotkania czy przed wysłaniem materiałów przejrzeć wszystko razem z zespołem. Staram się wtedy wnieść świeże spojrzenie albo po prostu inne spojrzenie. W projektowaniu nie ma ani demokracji, ani dyktatury. Na jedno zagadnienie może istnieć tyle dobrych odpowiedzi, ile osób siedzi przy stole.
Mateusz Kwiecień: Pytam o to również w kontekście budowania firmy. Mam własne doświadczenie, bo kiedyś sam projektowałem. W pewnym momencie zatrudnialiśmy już dwóch grafików, więc razem było nas troje. Później firma rosła, przestała być wyłącznie studiem projektowym i stała się agencją reklamową. Z czasem zatrudnialiśmy trzynaście osób. Zauważyłem wtedy, że im więcej pojawiało się obowiązków operacyjnych, tym mniej czasu zostawało na projektowanie. Trudno pogodzić te dwie rzeczy, bo projektowanie wymaga pełnego skupienia. Siadasz przed monitorem i nagle okazuje się, że minął cały dzień. Kiedy coraz mniej projektowałem, coraz trudniej było mi utrzymać odpowiednią jakość. Nadal pełniłem rolę dyrektora artystycznego, ale miałem poczucie, że to już nie jest to samo. Mam więc wrażenie, że budowanie studia projektowego jest trudne w momencie, kiedy właściciel chce odejść od projektowania i skupić się wyłącznie na rozwijaniu firmy.
Sebastian Lis: Myślę, że z projektantami jest trochę tak, że zawsze będziemy bardziej projektantami niż biznesmenami. W ten zawód wchodziliśmy dlatego, że chcieliśmy coś tworzyć. Oczywiście biznes również można tworzyć i rozwijanie firmy daje ogromną satysfakcję. Obserwowanie, jak organizacja rośnie, też jest pewnego rodzaju twórczością, tylko już biznesową. Jeżeli jednak chcesz jednocześnie projektować i prowadzić firmę, musisz pogodzić się z tym, że zawsze coś będzie kosztem czegoś. Nikt nas przecież nie uczył prowadzenia biznesu. Ja wszystkiego uczyłem się metodą prób i błędów. Od kilku lat działam intensywnie w środowisku przedsiębiorców. Co tydzień poznaję nowych ludzi, rozmawiam z właścicielami firm, słucham ich historii i z tych doświadczeń naprawdę można wiele wynieść. Dzięki temu człowiek uświadamia sobie, że nie tylko on mierzy się z podobnymi problemami. Natomiast nie ma się co oszukiwać. Jeżeli nie zbudujesz odpowiedniej struktury w firmie i nie oddelegujesz części obowiązków, to nagle okazuje się, że jesteś jednocześnie szefem, dyrektorem kreatywnym, handlowcem, osobą odpowiedzialną za rozwój biznesu, HR, finanse i jeszcze kilka innych działów. Żaden człowiek nie jest w stanie robić tego wszystkiego równie dobrze. W dużej organizacji wykonuje to pięć albo sześć różnych osób. W małej firmie bardzo często robi to jedna. Dlatego zawsze coś będzie kulało. Ja jestem osobą bardzo dokładną i przez lata walczyłem z własnym perfekcjonizmem. To wcale nie jest zdrowe, ale zawsze starałem się zrobić wszystko, żeby klient nie miał poczucia, że zawiedliśmy na którymkolwiek etapie projektu. Znacznie częściej zdarza się, że problem pojawia się po stronie podwykonawców niż u nas, bo nad własnym zespołem mogę zareagować od razu. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze wystąpi czynnik ludzki. Każdy projekt wcześniej czy później przyniesie sytuację, której nikt nie przewidział. To jest całkowicie normalne. Jeżeli ktoś nie zaakceptuje tego na początku swojej drogi zawodowej, bardzo szybko się wypali. Ja przez lata bardzo przeżywałem sytuacje, w których musiałem świecić oczami za czyjeś błędy. Z czasem zrozumiałem jednak, że nie ma idealnych projektów, idealnych klientów ani idealnych procesów. Dzisiaj staram się być przede wszystkim tam, gdzie moja obecność rzeczywiście wnosi największą wartość. Bo doba nadal ma tylko 24 godziny. Dlatego albo odpowiednio budujesz strukturę firmy i zostajesz dyrektorem kreatywnym, mając obok siebie dobrego dyrektora operacyjnego, albo prędzej czy później zaczynasz być wąskim gardłem całej organizacji.
Mateusz Kwiecień: Jak to wygląda u Ciebie?
Sebastian Lis: U mnie cały czas ten proces trwa. Miałem taki moment, dzięki któremu zrealizowałem jedno ze swoich największych marzeń i wyjechałem do ukochanej Nowej Zelandii. Nie było mnie w Polsce przez pięć tygodni i przez ten czas praktycznie nie odbierałem telefonów, maili ani wiadomości. Chciałem się całkowicie odciąć. Dalej już właściwie nie da się polecieć. No, chyba że na biegun, ale to już wyprawy dla takich ludzi jak Marek Kamiński. Ja dotarłem do miejsca, gdzie – można powiedzieć – kończy się cywilizacja, do Slope Point. Dlaczego mogłem sobie na to pozwolić? Bo na miejscu zostawiłem zaufane osoby. Mieliśmy menedżerkę Natalię i Zuzię, które podzieliły między siebie obowiązki. Ustaliły, kto odpowiada za które tematy, i po prostu sobie poradziły. Dzięki temu naprawdę mogłem odpocząć i nie musiałem się niczym przejmować. To pokazuje, jak ważni są zaufani i samodzielni ludzie. Trzeba też dać im przestrzeń do działania i zaakceptować, że będą popełniać błędy. Bo będą. Tak samo jak ja je popełniam. Kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Perfekcjonizm potrafi być naprawdę zabójczy. Dzisiaj staram się z nim walczyć. Jeśli coś nie pójdzie dokładnie po mojej myśli, wyciągam wnioski i idę dalej. Życie jest po prostu za krótkie.
Mateusz Kwiecień: Patrząc na kolejne lata, jest szansa, że takie wyjazdy będą zdarzały się częściej? Nie raz na kilka lat, ale na przykład raz czy kilka razy w roku?
Sebastian Lis: Mateuszu, już trochę się znamy, więc pewnie wiesz, że dla mnie najlepszą inwestycją są podróże. Śmieję się czasem, że jestem dość nietypowym facetem. Ani piłka nożna nie wywołuje u mnie wielkich emocji, ani kolejny model samochodu czy nowe gadżety. Ja po prostu lubię podróżować. Moim kolejnym celem jest takie przebudowanie zarówno biznesu, jak i własnego sposobu pracy, żeby wejść trochę w świat kamperów. Wyobrażam sobie sytuację, w której przez kilka miesięcy w roku pracuję z różnych miejsc. Nie mówię, że ciągle, ale na przykład wyjeżdżam na trzy–cztery tygodnie. Mam internet satelitarny, dobry komputer i pracuję w formule workation. Zespół działa na miejscu, ja koordynuję najważniejsze sprawy zdalnie i wszystko funkcjonuje. Kiedy byłem w Nowej Zelandii czy wcześniej w Tajlandii, całkowicie się odcinałem. Ludzie żartowali, że chyba już nie wrócę z tej dżungli, bo przez dwa i pół tygodnia się nie odzywałem. Nie jestem też osobą, która relacjonuje każdy dzień w mediach społecznościowych. Nie wrzucam zdjęcia śniadania ani informacji, że właśnie wstałem. Więc kiedy wyjeżdżam, wiele osób nawet nie wie, gdzie jestem. Co ciekawe, nawet w Himalajach, na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów, udało mi się złapać internet.
Mateusz Kwiecień: Czyli jednak workation w Himalajach.
Sebastian Lis: Akurat wtedy jeszcze nie pracowałem, ale czekałem na decyzję PWN dotyczącą naszej współpracy. Kupiłem lokalną kartę z internetem, zdrapałem kod, połączyłem się i patrzę – wiadomość od Natalii: „PWN potwierdził współpracę”. Pomyślałem wtedy: „Świetnie, mogę spokojnie iść do Base Campu Everestu”. To był jedyny moment, kiedy naprawdę potrzebowałem połączenia. Dzisiaj myślę, że taki model pół online, pół offline jest jak najbardziej możliwy. Po tych wszystkich latach prowadzenia firmy wiem jedno. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli zniknę choćby na tydzień, to świat się zawali. Myślę, że wielu właścicieli firm z sektora MŚP ma dokładnie takie samo przekonanie. Tymczasem to nieprawda. Jeżeli odpowiednio poukładasz procesy i zbudujesz zespół, któremu ufasz, możesz wyjechać na tydzień, dwa, trzy, a nawet pięć tygodni. Nie chodzi o to, żeby pracownicy podejmowali strategiczne decyzje. To nadal jest rola właściciela. Ale bieżące sprawy mogą prowadzić samodzielnie. Jeżeli klient jest zadowolony, to znaczy, że wszystko działa tak, jak powinno.
Czy sztuczna inteligencja zmieni sposób projektowania identyfikacji wizualnej?
Mateusz Kwiecień: Miałem przygotowanych jeszcze kilka pytań, ale właściwie odpowiedziałeś na nie po drodze. Jest jednak jeden temat, którego celowo wcześniej nie poruszaliśmy, bo dzisiaj pojawia się dosłownie wszędzie. Nie sposób jednak pominąć go w rozmowie o projektowaniu. Mam na myśli sztuczną inteligencję. Nie będę pytał o przyszłość. Bardziej interesuje mnie to, jak wygląda to dzisiaj. Czy korzystacie już z narzędzi AI? Jeśli tak, to z których i w jaki sposób wykorzystujecie je w codziennej pracy? Wspomniałeś już o AI. Dzisiaj ten temat jest obecny właściwie wszędzie, dlatego trudno go pominąć również w kontekście brandingu, projektowania i komunikacji marki. Nie chcę jednak pytać o odległą przyszłość. Bardziej interesuje mnie teraźniejszość. Z jakich narzędzi opartych o sztuczną inteligencję korzystacie dziś w codziennej pracy?
Sebastian Lis: Myślę, że ChatGPT zna już praktycznie każdy. Większość osób miała okazję go przynajmniej przetestować. My również korzystamy z takich narzędzi i uważamy, że w wielu obszarach rzeczywiście potrafią bardzo ułatwić pracę. To zresztą przypomina mi sytuację z czasów studiów na ASP. Trafiłem na pierwszy rocznik, który obowiązkowo uczył się pracy na komputerach. Pojawił się Photoshop, był jeszcze QuarkXPress, bo InDesign wtedy nie istniał. Dla naszych profesorów była to prawdziwa rewolucja. Oni wywodzili się z czasów, gdy wszystko wykonywało się ręcznie — fotomontaże, makiety, prace manualne. Dzisiaj podobną rewolucją jest właśnie AI. Moim zdaniem nadal pozostaje ono przede wszystkim narzędziem. Sama nazwa „sztuczna inteligencja” jest trochę marketingowa, bo nie mamy jeszcze do czynienia z inteligencją w ludzkim rozumieniu. To przede wszystkim zaawansowane modele uczenia maszynowego, które wykonują polecenia użytkownika. Kiedyś wydawaliśmy polecenia myszką albo klawiaturą w Photoshopie. Dzisiaj wydajemy je poprzez prompt. Ale tutaj pojawia się najważniejsze pytanie. Nie chodzi o to, czy potrafisz napisać prompt. Chodzi o to, czy wiesz, jaki efekt chcesz osiągnąć. My wykorzystujemy AI głównie tam, gdzie pozwala zaoszczędzić czas przy powtarzalnych zadaniach. Dobrym przykładem jest automatyczne wycinanie tła ze zdjęć. Jeszcze kilka lat temu trzeba było ręcznie zaznaczać włosy czy drobne elementy. Dzisiaj algorytm zrobi to w kilka sekund. To ogromna oszczędność czasu. Natomiast AI nie wymyśli za projektanta dobrej komunikacji marki. Nie zastąpi kreatywności, doświadczenia ani empatii. Komputer potrafi wygenerować piękny obrazek. Ale czy ten obrazek będzie skutecznie komunikował markę? Czy będzie odpowiadał na potrzeby odbiorcy? To już zupełnie inne pytanie.
Sebastian Lis: Jeśli ktoś nie rozumie zasad brandingu, percepcji czy psychologii odbioru, to będzie oceniał efekt wyłącznie przez pryzmat tego, czy jest ładny i efektowny. A przecież projektowanie nie polega na tworzeniu ładnych obrazków. Polega na rozwiązywaniu problemów komunikacyjnych.
Mateusz Kwiecień: Ale pewnie część rynku takie narzędzia jednak zagospodarują.
Sebastian Lis: Oczywiście. Tylko być może to nie jest rynek dla nas. Podobnie było kiedyś z Canvą. Czy to jest program dla profesjonalnych projektantów? Moim zdaniem nie. To świetne narzędzie dla firm, które potrzebują przygotowywać proste materiały do social media, korzystając z gotowych szablonów. Jeżeli firma ma dobrze przygotowaną identyfikację wizualną, kilka gotowych layoutów i chce jedynie podmieniać zdjęcia oraz teksty, to naprawdę szkoda angażować do tego projektanta. Natomiast wszędzie tam, gdzie zaczyna się prawdziwy branding, projektowanie systemów identyfikacji czy komunikacja marki, sama Canva już nie wystarczy.
Mateusz Kwiecień: Czy zauważasz już dzisiaj wpływ AI na rynek? Na rozmowy z klientami, pozyskiwanie projektów? Coraz częściej dostaję CV młodych projektantów, w których podstawowym narzędziem jest właśnie Canva. Kiedyś były tam Photoshop czy Illustrator, dziś często wystarczy Canva.
Sebastian Lis: Jest nawet taki zabawny mem. Ktoś pyta projektanta: – Czego używasz? – Canvy. I nagle wszyscy chcą go wyrzucić z windy. Oczywiście to żart. Bo Canva jest bardzo dobrym narzędziem do konkretnych zastosowań. Natomiast w profesjonalnym projektowaniu ma po prostu zbyt wiele ograniczeń. Nie osiągniesz w niej możliwości, jakie dają Photoshop, Illustrator czy inne profesjonalne programy. I dochodzi jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Projektowanie to nie kończy się na ekranie. Projekt trzeba później wyprodukować.
Sebastian Lis: Tutaj zaczynają się schody. Coraz częściej zgłaszają się do nas klienci albo zaprzyjaźnione drukarnie z problemami wynikającymi z tego, że młodzi projektanci projektują wyłącznie pod internet. Znają przestrzeń RGB. Znają kolory HEX. Natomiast często nie mają pojęcia, czym są Pantone, RAL czy przygotowanie plików do produkcji. A przecież później taki projekt trzeba fizycznie wykonać. Trzeba go wydrukować. Trzeba wyprodukować litery 3D, litery przestrzenne, litery podświetlane, logo 3D, kasetony reklamowe, pylon reklamowy, semafor reklamowy, szyld reklamowy, tablicę reklamową czy całe oznakowanie budynku. To już nie jest świat ekranu. To świat produkcji. I właśnie dlatego projektanci współpracujący z producentami takimi jak BrandCoast, realizującymi projektowanie oznakowania, produkcję reklam, montaż reklam, montaż oznakowania oraz kompleksowe oznakowanie firmy, muszą rozumieć proces produkcyjny. My wychowaliśmy się jeszcze w czasach, gdy najpierw projektowało się pod druk, a internet był dodatkiem. Dlatego do dziś łatwo rozmawiamy z drukarniami, producentami czy firmami wykonującymi identyfikację wizualną budynków, system informacji wizualnej (wayfinding) oraz branding offline. Ta wiedza zaczyna niestety zanikać. I później okazuje się, że projekt wygląda dobrze na ekranie, ale praktycznie nie nadaje się do produkcji.
Mateusz Kwiecień: My w BrandCoast pracujemy głównie na plikach wektorowych. Bardzo często materiały przygotowane w prostych narzędziach trzeba odtwarzać praktycznie od zera, ponieważ nie nadają się do wykonania liter blokowych, reklamy świetlnej, reklamy LED czy innych elementów oznakowania inwestycji. To jednak wpływa również na rynek usług projektowych i wyceny. Co roku pojawiają się nowe artykuły o tym, jak wyceniać projekty graficzne. Jak więc, Twoim zdaniem, powinno się dzisiaj wyceniać projektowanie?
Mateusz Kwiecień: Jak w takim razie wyceniać projekty graficzne?
Sebastian Lis: Wiesz co, podzielę się taką pierwszą refleksją. Trochę mi smutno, że nasz zawód od lat ma wciąż zbyt niski status społeczny. Obserwuję to już od ponad 25 lat. Mam wrażenie, że wielu osobom wydaje się, iż projektanta można wyszkolić trzema tutorialami z YouTube’a i od razu może wykonywać ten zawód. Przez to praca projektanta bardzo często jest wyceniana znacznie niżej, niż powinna, a jej realna wartość pozostaje niedoceniona. Co ciekawe, marketing traktuje projektowanie często wyłącznie narzędziowo. Większość pomysłów, kampanii czy działań, które powstają po stronie marketingu, i tak finalnie musi zostać zaprojektowana przez grafika. A mimo to projektanci bardzo często znajdują się na końcu całego procesu, jakby byli jedynie wykonawcami. Dlatego trochę śmieję się z obecnego zachwytu nad AI. Mam nadzieję, że nikogo tym nie urażę, ale jestem już w takim wieku, że naprawdę niewiele mnie to obchodzi. Mam wrażenie, że dla części osób sztuczna inteligencja stała się spełnieniem marzenia. Ktoś zawsze uważał się za kreatywnego, miał pomysły, ale brakowało mu warsztatu, doświadczenia czy talentu. Dzisiaj mówi: „Mam AI, będę designerem, bo umiem pisać prompty”. Tylko że to nadal tak nie działa. Od zawsze problemem było to, jak wyceniać projekty graficzne zgodnie z ich rzeczywistą wartością, a nie zgodnie z niskim społecznym postrzeganiem naszego zawodu. Przecież dobrego projektanta szkoli się latami. Za moich czasów nawet nie było studiów licencjackich. Szło się na ASP, studiowało pięć lat, zdobywało tytuł magistra, a później przez kolejne lata wykonywało projekt za projektem. Możesz przeczytać tysiące książek i obejrzeć tysiące tutoriali, ale ten zawód wymaga praktyki. Każdy kolejny projekt dokłada następną cegiełkę doświadczenia i uczy rzeczy, których żadna książka nie jest w stanie przekazać.
Z czasem zdobywasz coś, co nazywam intuicją projektową. Często trudno jest nawet racjonalnie wyjaśnić, dlaczego wybrałbyś projekt A zamiast projektu B. Po prostu czujesz, że jedno rozwiązanie jest lepsze. Po wykonaniu setek podobnych projektów zaczynasz podświadomie dostrzegać niuanse, których wcześniej w ogóle nie zauważałeś. Dlatego uważam, że naprawdę dobrego grafika kiedyś szkoliło się minimum osiem lat. W tym samym czasie można przecież wykształcić lekarza. A jednak lekarz jest zawodem powszechnie szanowanym, natomiast projektanci bardzo często muszą udowadniać wartość swojej pracy. Do tego dochodzą jeszcze predyspozycje. Jeżeli chirurg mdleje na widok krwi, nigdy nie będzie chirurgiem. Tak samo w projektowaniu. Jeżeli ktoś nie ma odpowiedniej wrażliwości plastycznej czy tak zwanej inteligencji plastycznej, trudno będzie mu wykonywać ten zawód na wysokim poziomie. Sam talent to może dziesięć procent. Reszta to doświadczenie. Projekt po projekcie. Od małego banera, przez większe formy, kolejne realizacje i kolejne wyzwania. Dopiero po wykonaniu setek projektów i zmierzeniu się z wieloma problemami możesz powiedzieć, że jesteś naprawdę doświadczonym projektantem.
Mateusz Kwiecień: W takim razie jak przekazywać klientom, za co oni tak naprawdę płacą? Jak pokazać im całą tę wartość, o której właśnie opowiedziałeś?
Sebastian Lis: Przede wszystkim trzeba spokojnie tłumaczyć, że klient nie płaci wyłącznie za roboczogodzinę. Płaci za to, że ktoś potrafi w godzinę zrobić coś, czego uczył się przez dziesięć lat. Jest nawet bardzo znana historia z Anglii sprzed ponad stu lat. Artysta został zatrudniony do namalowania portretu. Namalował go bardzo sprawnie, więc zleceniodawca uznał, że skoro zajęło mu to niewiele czasu, nie zapłaci pełnej kwoty. Sprawa trafiła do sądu. Sedno było bardzo proste. Jeżeli ktoś uczył się malować przez dwadzieścia lat i dzięki temu potrafi stworzyć świetny portret w godzinę, to właśnie za te dwadzieścia lat doświadczenia klient płaci, a nie za samą godzinę pracy. Oczywiście roboczogodziny również mają znaczenie. My także wszystko przeliczamy na czas. Przez lata zbieraliśmy dane dotyczące tego, ile zajmują nam poszczególne typy projektów. Wiemy, ile średnio trwa wykonanie konkretnej kategorii zlecenia, jaki był minimalny czas realizacji, jaki maksymalny i jaki jest realny średni wynik. Jeżeli wykonałeś sto podobnych projektów, bardzo łatwo oszacować, czy nowe zlecenie zajmie pięć godzin, pięćdziesiąt czy sto. Większość takich danych mamy po prostu policzoną. Dlatego od razu wiem, kiedy jakaś wycena byłaby błędna. Jeżeli wiem, że projekt zajmie trzy razy więcej czasu niż zakładana stawka pokrywa, to oznacza, że sponsoruję biznes klienta. To nie ma sensu. Dlatego zawsze pokazujemy klientom, że nasze wyceny wynikają z doświadczenia i konkretnych danych, a nie z patrzenia w sufit. To jest również bardzo trudne dla młodych projektantów czy freelancerów. Na początku kariery praktycznie każdy zadaje sobie pytanie: „Jak właściwie wycenić ten projekt?”. I to wcale nie jest nowy problem. Ponad sto lat temu działało w Warszawie stowarzyszenie związane z projektowaniem i już wtedy dyskutowano o tym, że młodzi projektanci zaniżają stawki. Brzmi znajomo, prawda? To pokazuje, że ten problem istnieje od pokoleń. Z jednej strony trudno mieć do nich pretensje, bo każdy chce wejść do zawodu. Z drugiej jednak strony wszyscy pracujemy na status całej branży. Musimy rozumieć, dlaczego wykonujemy tę pracę i za jakie pieniądze warto ją wykonywać. Oczywiście inaczej wyceni projekt freelancer pracujący w domu na własnym laptopie, a inaczej zrobi to agencja. Agencja ponosi ogromne koszty operacyjne. Nawet jeśli przez miesiąc nie wystawi żadnej faktury, wszystkie koszty i tak pozostają. Ale jednocześnie klient otrzymuje zupełnie inny poziom obsługi. Nie chodzi nawet o to, czy sam projekt będzie lepszy. Chodzi o cały proces. O poziom zaufania, bezpieczeństwa i prowadzenia projektu od początku do końca. W agencji zawsze ktoś odbierze telefon, odpisze na maila i przeprowadzi klienta przez cały proces. Z freelancerami mam bardzo różne doświadczenia. Niektórzy są fantastyczni. Ale są też tacy, którzy w kluczowym momencie projektu przestają odbierać telefony i odpowiadać na maile. I co wtedy zrobi klient?
Mateusz Kwiecień: I projekt leży. Ty jesteś w Himalajach i nie ma z Tobą kontaktu.
Jak będzie wyglądać branding i projektowanie marek w najbliższych latach?
Mateusz Kwiecień: Powoli przechodząc do podsumowania naszej rozmowy – gdybyśmy mieli wskazać najważniejsze elementy całego procesu, to co powinni zrozumieć zarówno marketerzy, jak i projektanci? Co jest kluczowe dla obu stron?
Sebastian Lis: Powiedziałbym tak – spróbujmy zamknąć tę rozmowę jedną klamrą. Przede wszystkim pamiętajmy, że nikt nie jest od nikogo mądrzejszy. My, projektanci, jesteśmy nauczeni określonych metod działania, sposobów komunikacji i prowadzenia procesu projektowego. Ale jednocześnie chcemy zrozumieć drugą stronę. Nie czytamy nikomu w myślach. Musimy po prostu usiąść i porozmawiać jak ludzie. Wymienić się informacjami i dobrze się zrozumieć. Dlatego tak ważne są transparentność i otwartość. Gdyby wszyscy stosowali dobrą komunikację, naprawdę udałoby się rozwiązać ogromną część problemów. Nie tylko w projektowaniu, ale właściwie wszędzie. Jako ludzie często zapominamy, że tylko sposób, w jaki się komunikujemy, daje nam szansę na wzajemne zrozumienie. Jeżeli obie strony zrozumieją, że stoją po tej samej stronie, cały proces wygląda zupełnie inaczej. Ja nigdy nie sprzedaję samych projektów czy ładnych obrazków. Zawsze powtarzam, że jestem przede wszystkim wsparciem dla biznesu. Sam prowadzę firmę, więc rozumiem, czym jest rozwój biznesu, odpowiedzialność za ludzi i codzienne decyzje przedsiębiorcy. Moim zadaniem jest wesprzeć markę, właściciela firmy czy cały zespół tym, na czym znamy się najlepiej. Nie tylko wykonując projekt, ale również będąc partnerem biznesowym, który doradzi, zada właściwe pytania, zwróci uwagę na potencjalne problemy i pomoże przeprowadzić cały proces. Bardzo często dotyczy to również produkcji. Klient nie musi znać wszystkich etapów realizacji. Ty doskonale wiesz, jak wygląda produkcja reklam i późniejszy montaż reklam czy montaż oznakowania. Jeżeli klient ma określone terminy, a nikt wcześniej nie wyjaśni mu, jak wygląda harmonogram i ile czasu zajmuje kompleksowa realizacja, to bardzo łatwo cały proces się rozsypuje. Jeżeli przygotujemy projekt, a klient będzie zwlekał z decyzją kilka dni, to nagle okazuje się, że produkcja, która sama trwa dwa tygodnie, nie ma już kiedy się wydarzyć.
Mateusz Kwiecień: I wszystko się rozjeżdża.
Sebastian Lis: Dokładnie. Dlatego jeszcze raz wrócę do tego samego. Transparentność, partnerska komunikacja i wzajemny szacunek. Jeżeli traktujemy się jak partnerzy biznesowi, a nie wyłącznie jako zleceniodawca i zleceniobiorca, to naprawdę trudno znaleźć projektu, którego nie dałoby się z sukcesem doprowadzić do końca.
Mateusz Kwiecień: Myślę, że to świetna puenta naszej rozmowy.
Mateusz Kwiecień: Mam jeszcze jedno pytanie. Co zrobiłbyś inaczej, gdybyś dzisiaj zaczynał wszystko od początku?
Sebastian Lis: Przede wszystkim przeczytałbym kilka naprawdę dobrych książek.
Mateusz Kwiecień: Moim zdaniem książki o przedsiębiorczości powinien przeczytać każdy, kto zakłada własną firmę.
Sebastian Lis: To zdecydowanie. Młodym projektantom bardzo polecam książkę „Jak zostać designerem i nie stracić duszy”. Ja przeczytałem ją niestety dopiero po latach. Szkoda, bo gdybym trafił na nią na początku swojej drogi, wiele rzeczy zrozumiałbym znacznie wcześniej. Po pierwsze dowiedziałbym się, czy naprawdę chcę prowadzić własne studio.
Po drugie lepiej zrozumiałbym, z czym wiąże się prowadzenie firmy i jakie wyzwania czekają przedsiębiorcę. Prowadzenie niewielkiej firmy to naprawdę ogromny wysiłek. Dlatego właśnie od takich książek bym zaczął. Poleciłbym „Mit przedsiębiorczości” oraz „Jak zostać designerem i nie stracić duszy”. Później przeczytałbym jeszcze kilka wartościowych pozycji. A zaraz potem wszedłbym bardzo mocno w networking biznesowy. Moim zdaniem jedną z najważniejszych rzeczy w biznesie jest poznawanie ludzi. Poznawanie właściwych ludzi poprzez właściwych ludzi. Uczenie się od przedsiębiorców, którzy mają podobne wyzwania, podobne ambicje i podobne cele. To działa trochę jak trening. Przychodzisz na siłownię, a kolega mówi: „Załóż jeszcze jeden talerz na sztangę. Dasz radę”. W biznesie działa to dokładnie tak samo. Poznając ludzi, którzy rozwijają swoje firmy, sam zaczynasz rozwijać się szybciej.
Mateusz Kwiecień: Na koniec powiedz jeszcze, gdzie nasi widzowie i słuchacze mogą zobaczyć Wasze realizacje?
Sebastian Lis: Moje może niekoniecznie, bo to przede wszystkim praca całego zespołu. Zapraszam na stronę internetową Logotomii oraz na mój profil na LinkedIn. Publikujemy tam nie tylko nasze realizacje i case studies, ale przede wszystkim materiały edukacyjne związane z brandingiem, projektowaniem i komunikacją marki. Jeżeli ktoś tam trafi i uzna, że te treści są wartościowe, będę bardzo wdzięczny za każdą aktywność. Nie chodzi nawet o zasięgi. Dużo bardziej zależy mi na informacji zwrotnej.Do tej pory widzę, że to, co dla nas – projektantów – jest oczywiste, dla wielu osób okazuje się zupełnie nową wiedzą. To trochę taka klątwa eksperta. Nam wydaje się, że pewne rzeczy są całkowicie naturalne, a później publikujemy materiał i nagle pojawiają się komentarze: „Naprawdę tak wygląda ten proces?”, „Nie miałem pojęcia, że właśnie tak się to robi.” To pokazuje, że warto dzielić się wiedzą. Ogromne podziękowania należą się również całemu zespołowi, który pomaga mi przygotowywać te materiały. Bez nich byłoby to znacznie trudniejsze. Jeżeli macie pomysły na kolejne tematy, śmiało dajcie znać. Jestem bardzo otwarty na sugestie i z przyjemnością będziemy dalej rozwijać nasze kanały.
Mateusz Kwiecień: Ja również zachęcam Was do obserwowania kanałów Logotomii oraz profilu Sebastiana Lisa. Jak sami słyszeliście, ma ogromne doświadczenie w branży i potrafi bardzo ciekawie opowiadać zarówno o projektowaniu, jak i o prowadzeniu biznesu, brandingu oraz o tym, jak ta branża zmieniała się przez ostatnie lata. Zachęcam Was również do oglądania kolejnych odcinków BrandCast, subskrybowania naszego kanału i śledzenia następnych rozmów. Sebastianie, bardzo dziękuję Ci za dzisiejszą rozmowę. To było niezwykle wartościowe spotkanie i również dla mnie bardzo pouczająca dyskusja. Dziękuję.
Sebastian Lis: Dziękuję również. Do usłyszenia i serdecznie pozdrawiamy!